Pages

Wednesday, January 21, 2015

WITRAŻYK O WIKTORÓWKACH




Poniższa opowiastka ma wiele elementów. Jak to w życiu, przecinają się one pod rożnymi kątami i zlepienie ich w całość wymaga pewnego wysiłku. Także i od czytelnika. Zaczęło się od wspomnienia, które wysłałem gdzieś tam w sieć:

"Było to dawno (wiem, bo wtedy byłem jeszcze młody szczyl). Za wiotką dziewczyną z Poznania zawędrowałem w Tatry, na Rusinową Polanę, Gęsią Szyję - te okolice. Ślicznie tam i cicho. Szałasami na Polanie rządziła Babka. Energiczna, pełna gburowatego serca, stara góralka. Pamiętam, że spałem na stryszku i było widać gwiazdy przez szpary w dachu. Byłem tam trochę - no, bo pięknie, no i ta dziewczyna... Dziewczyna tam była, bo poniżej polany, w lesie, jest śliczny mały kościółek. Braci jakichś tam... Nie wiem, dlaczego, ale zakonnicy wtedy byli z Poznania czy jakoś tak, i dziewczyna była religijna. Kręciłem się, zatem w obejściu kościółka, nosiłem wodę, rąbałem drzewo. Wieczorem siedziałem w kącie i słuchałem. Bracia wychodzili na nabożeństwo, ja szedłem po wodę... Nikt mnie nie pytał, co, jak i dlaczego. Dziękowali za pomoc, wieczorem dostawałem zupę. I tak to szło. Przez wiele dni. Dziewczyna pojechała do Poznania, ja do Moka się wspinać.
Myślałem o tym miejscu, wiec pod koniec lata poszedłem tam znów. Babka pozwoliła spać w szałasie. Kilku braci było tych samych, przypomniałem się. Znów rąbałem drzewo i tak sobie tam siedziałem. Już nie dla dziewczyny... Potem był wrzesień, i trzeba było wracać na studia. "

Po kilku dniach sieć przyniosła taki list:

"Po datach zorientowałam się, że chyba pojawiłam się na polanie trochę później, dobrze pamiętam lata siedemdziesiąte. 69-ty to rok, który mam lekko zamglony. Kończyłam liceum i chyba właśnie wtedy, mój kuzyn orzekł, że trzeba mnie nauczyć życia i zabrał w Tatry. I tak się to zaczęło. Z tych pierwszych wakacji dobrze pamiętam czwórkę Lulków (Tadeusz, Krystyna, Elżbieta i najmłodszy z rodzeństwa, czyli w moim wieku lub tylko ciut starszy An - to od Jana), mieszkali w Klępnie k. Poznania i studiowali, a Tadeusz chyba wtedy był już asystentem w Poznaniu. Była też dosyć wysoka, chyba ładna młoda dziewczyna z Poznania i religijna, ale na pewno blondynka. Na imię miała Kasia, jej koleżanka chyba (?) Magda też nie pasuje do obrazu z Twoich wspomnień. Ale jeszcze poszukam w pamięci, może była w grupie Piotra Matylli czy Jacka A???skiego z artystycznej poznańskiej uczelni.
Z Wrocławia znałam rodzinę Królaków, rodzice + Basia, Ania i Zbyszek, ale taternicko najbardziej doświadczony był Gabriel Bienioszek, studiował weterynarię we Wrocławiu w nieomal identycznych latach jak Ty. Przyjeżdżał chyba z trójką innych, pozostałych prawie nie pamiętam. Wsławili się (pomijam ściany i kominy), głośnym zatargiem z Wopem, kiedy z siekierkami wyławiali korzenie z Białki i nie chcieli zaakceptować granicy. Żołnierzom jednak ulegli po dwóch dniach spędzonych w Palenicy, bo nie takie groty ich fascynowały. Były też dwie dziewczyny z Wrocławia (dzisiaj mówię o nich dziewczyny), ale kiedy poznałam je, okazywałam szacunek. One zbliżały się do trzydziestki, ja do dwudziestu. Była to Monika Jaroszyńska i Ziuta Poturnicka (?), Historyczki. Monika pracowała w muzeum, Ziuta w szkole, chodziły same, przeważnie na Słowację i 30 kg na plecach nie było problemem. Imponowały nie tylko mnie! Wracaliśmy tam uparcie, zostawiając za sobą nasz świat codzienny. Bywalcy Rusinowej Polany, romantycy tatrzańscy.
Kolejny ekran mi znika... Napisz proszę, czy chciałbyś zobaczyć te fotografie, to uzupełnię komentarze. Maria."


Po dwóch tygodniach przyszła książeczka i gruba koperta z szarobiałymi zdjęciami. Na nich zamglone Tatry i wiotkie postacie dwudziesto parolatków. Ile młodych pokoleń przeżyło swe najlepsze lata w tych malutkich górach w środku Europy! Nie znalazłem na zdjęciach mojej dziewczyny i nie rozpoznałem nikogo bliskiego. Ale twarze, choć dalekie, to jakby znajome. Znajome poprzez świadomość dzielenia tych samych wrażeń, tych samych dolin. Na wielu zdjęciach Dolina Białej Wody z charakterystycznym profilem Młynarczyka i zacięciem Kowalewskiego. Ale wróćmy na Rusinową - cytuję z przysłanej mi przez Marię książeczki “Królowa Tatr”:

"Rzeczowy opis geograficzny podaje, że las Wiktorówek leży obok Rusinowej Jaworzynki, która rozciąga się wysoko nad dolina rzeki Białki między Gołym Wierchem a stromą Gęsią Szyją, na wysokości 1180-1330 m n.p.m. Nazwy Rusinowa Polana, Rusinowa Jaworzyna czy Rusinka pochodzą od sołtysa z Gronia, Karola Rusina, któremu około roku 1650 król Jan Kazimierz oddał w dziedzictwo Gęsią Szyję i przylegającą polanę. O Marii Murzańskiej, będącej jedną lub może jedyną z pasterek, niewiele wiadomo. Była wtopiona swą zwyczajnością w to, co ją otaczało. Przyszła na świat w pamiętnym dla Galicji roku 1846 i choć krwawa rzeź nie ogarnęła Podhala, dotknęły za to ludność dwukrotnie - w tym samym roku 1846 i 1848 - też niosące śmierć, straszliwe klęski głodu.
Najprawdopodobniej urodziła się w Groniu. Do żadnej szkoły nie chodziła; analfabetyzm był powszechny wśród górali tamtych czasów, ale o ile na innych terenach ziem polskich z braku szkół plebanie i dwór przekazywały wiedzę i otaczały opieką dzieci chłopskie, to na Podhalu dworów nie było, praktycznie też nie istniało zorganizowane duszpasterstwo. Wszak pierwszy proboszcz - ks. Józef Stolarczyk - nastał w Zakopanem dopiero w roku 1847. W roku 1860, a więc gdy miała 14 lat, zdarzyło się w życiu Marysi cos niezwykłego.
Było to w ciepłej porze roku. Marysia była czymś zajęta w szałasie – wieczór nadchodził - gdy zorientowała się, że nie ma owiec, którymi się opiekowała. Na dodatek gęsta mgła ogarnęła całą Rubinową.
Przestraszona dziewczynka pobiegła szukać owiec ku lasowi na zboczu Wiktorówek. Biegła żywo, z różańcem w ręku i wołała: ``Matko Boża, gdzie są moje owieczki?...’’ I wówczas miała zobaczyć na jednym z drzew blask wielkiej jasności, a w niej ``piękna Panią’’. Marysia, po pozdrowieniu ``Jaśniejącej Pani’’ dostała od niej jedną obietnicę i trzy polecenia. Obietnica dotyczyła konkretnej sytuacji, w której się znalazła: miała natychmiast odnaleźć owce - rzeczywiście ujrzała je za chwilę. Jedno z poleceń odnosiło się do niej samej: ma opuścić Polanę Rusinową, bo grożą jej duchowe niebezpieczeństwa. Natomiast inne dwa, to właściwie misja: upominać ludzi, by nie grzeszyli i by pokutowali za dawne winy."


Tak o tych wydarzeniach opowiada najstarszy zapisany utwór o Matce Bożej z Wiktorówek, wydany przez Drukarnię Podhalańska Borka w Nowym Targu. Mógł powstać około 1914 roku i zalicza się do typowych odpustowych pieśni dziadowskich:

Pieśń o Matce Boskiej w Jaworzynie
Już to przed zachodem słońca
Cudna gwiazda jaśniejąca
wzeszła w Jaworzyńskiej ziemi
I przyświeca promieniami swemi.

Tam dziewczyna owce pasła,
Jasność wielka ja obeszła.
Wtem się bardzo zlękła,
Z owieckami wraz uklękła.

Oczy wznosi, widzi Panią,
Która też woła na nią,
Grzesznicy stają wam w obronie
Przed Bogiem w niebieskim Syjonie.

Ale jeśli grzeszyć nie przestaniecie,
Kary Boskiej nie ujdziecie.
Kara Boska spadnie na was,
Do lasu wypędza was.

...

Marysia zeszła z Polany i zaczęła pracować w Białce u karczmarza Jana Dziubasika - z którego córka Agnieszką przyjaźniła się (Agnieszka zmarła w 1936 roku i to ona była główną przekazicielką wiadomości o życiu Murzańskiej). Marysia w wieku 25 lat, w roku 1871 urodziła nieżywe nieślubne dziecko. Dopiero w następnym roku wyszła za mąż za Jakuba Bębenka, prawdopodobnie ojca dziecka. Zmarła niedługo później, dnia 28 czerwca 1875 roku, półtora tygodnia po urodzeniu chłopca, który żył tylko kilka dni.
Na miejsce, które wskazała Marysia (na smreku wisiał obraz – po pierwszym, papierowym - malowany na szkle), przychodzili modlić się górale pasący owce i drwale pracujący przy wyrębie drzew. Później, na szkle malowany obraz zastąpiła płaskorzeźba pod szkłem Matki Bożej, chyba fundacji leśniczego, Władysława Bieńkowskiego. W końcu stulecia ktoś nieznany sprawił kapliczkę oraz figurkę Matki Bożej Królowej Tatr. W 1902 roku zbudowano małą kaplicę na wzór szałasu pasterskiego, a w niej umieszczono figurkę, pomieszczenie jednak rychło spłonęło, figurka ma natomiast do dziś osmaloną prawą dłoń.

Pierwsza na większą skalę pielgrzymka na Wiktorówki odbyła się w roku 1910, a następne w latach 1912 i 1913. Zdaje się, że wszystkie one zorganizowane zostały w intencji dobrej pogody, ponieważ w tych latach występowały na Podhalu, wspominane do dziś, ulewne deszcze. Organizowanie pielgrzymek było dużą zasługą ks. Błażeja Łacika, pierwszego proboszcza Bukowiny, który `gazdował’ na swej plebani do 1934 roku. W czasie wojny zatrzymywali się w szałasach tatrzańscy kurierzy. Figurka Matki Bożej została na czas wojny schowana w Bukowinie.’

Po wojnie losy Wiktorówek odzwierciedlały meandry historyczne.
Wystarczy wspomnieć lata 1948, 1956. W 1975 Kardynał Wojtyła oficjalnie powierzył opiekę nad Wiktorowkami dominikanom. Z wizytami Kardynała Wojtyły na Wiktorówkach związane są liczne góralskie opowieści. Na przykład taka opowiedziana przez Franka Bachledę Zakopanego:

`Babke Kobylarcykule z Rusinki to pół Polski przinomniej zno - prawda? W kozdym razie, kto seł bez Rusinke a wstąpieł do jej tam salasiatka, no to jom zno. Neji, ona tam warzi herbatke, mozno sie u niej schylić, cym ta ka mo, to ona tam pocestuje kozdego. I wtedej - jesce Ksiądz
Kardynał tu nas Duspasterz - tez prziseł do Babki na Rusinke. I kozdy tam po koleji pyto, herbate, herbate... Neji Ksiądz Kardynał tez herbate, a tu Babcia wyjachała na Niego: Ej, djasko’weście zjedli, ajeście zjedli - kozdy by herbatke kcioł pić, ale wody to mi ni mo kto przinieść...

Toz-to Ksiądz Kardynał wzion to za prosbe, coby przinieść wody. Porwał dwa wiadra i poseł do źrodełka, zakiela tam wtosi kto Go znoł, chipnon pomo’gać, ale Kardynał se nie doł tyk wiader wziąś, ba pedzioł: - Mnie pytali, to jo niesem...Przinio’s te wiadra i postawił ka trzeba. Pore roków temu, jakosi zaroz po obraniu na Ojca Świętego, zbacujem to Babce: - No Babko, widzicie - Tego coscie posłała po wode, obrali na Papieza, zaś wyście Mu wte telo dobrze zrobieła, boscie herbaty uwarziła. Babka na to: Hej, rzeke, kieby jo była wiedziala, to jo by Mu tej herbaty nie warziła...

- Dy cemu przecie?
- Miałabyk se teroz dwa wiaderecka wody swięconej...’

I jeszcze jeden list od Marii:

Jacku, (po dzisiejszym Twoim liście) Późno już... powinnam iść spać, a kręcę się po domu, myślami znowu jestem w Tatrach. Rusinowa Polana - Babka, szałasy, zbocze Gesiej Szyji, rydze w pobliżu Złotego Potoku, Lodowy w poświacie wschodzącego słońca. Była jeszcze też piosenka i szczególnie jedna do dzisiaj kołacze się w mej pamięci. Autor jest mi nieznany.
Słońca dysk zaginął już w konarach
Na polanę spłynął szary mrok
Tęsknie zadzwoniła gdzieś gitara
W ciemnej ciszy czyjś zamiera krok.

Przy ognisku wędrowców gromada
W blasku ognia zamarł cieni krąg
Wysłuchują struny opowiadań
Zasłyszanych gdzieś daleko stad.

Pięciolinii wyznaczonym szlakiem
Błądzi zapomniany niemy cień
A w swych troskach smętnie zadumany
Żegna światek odchodzący dzień.

Znika w dali kalejdoskop twarzy
Zgasłych ognisk dym już sięga chmur
Pomyśl ile niespełnionych marzeń
Łączy z sobą pożegnanie gór.

Już nie znikną góry z twoich wspomnień
Oczy ikon nieprzetarty szlak
Szumu jodeł nie da się zapomnieć
Będziesz co dzień wracał do nich w snach.

Dobranoc.
Maria


Jacek Walicki
(C)2011, bo wtedy to spisane tu http://www.strony.ca/Strony26/articles/a2605.html

Sunday, January 18, 2015

radishes three. ate them all..







Photographs are a way of imprisoning reality...One can't possess reality, one can possess images--one can't possess the present but one can possess the past.
― Susan SontagOn Photography

Creative Commons License
This work by jacek walicki is licensed under a Creative Commons Attribution-Noncommercial-Share Alike 3.0 Unported License.